Jesień tego roku rozpoczęła się wyjątkowo fatalnie. I to nie ze względu na obfite opady deszczu czy też gwałtowne podmuchy kąsającego wiatru. Jesień tego roku rozpoczęła się wyjątkowo fatalnie, ponieważ zginął człowiek. Mój klient. Gdyby wpadł pod ciężarówkę lub też poniósł śmierć w jakiś inny banalny sposób, to nie miałbym sobie nic do zarzucenia. Niestety, tak się nie stało. Bronek został znaleziony martwy na plaży w Orłowie i gdyby nie betonowe buciki, które miał na nogach, to jestem pewien, że Krzysztof Rosół-Rosłoński, inspektor wydziału śledczego w Gdańsku i mój dawny kolega z firmy, uznałby, że gość poszedł po prostu popływać i nieszczęśliwie zachłysnął się wodą. Na szczęście w obliczu twardych dowodów i ze mną przyczepionym jak rzep psiego ogona, Rosół mógł tylko kląć, szukać winnych i wzywać na pomoc świętych, w których moce i tak nigdy nie wierzył. Ja też nie wierzyłem. Do czasu. Do czasu, kiedy pewnego deszczowego poranka, w drzwiach mojego biura stanęła elegancko ubrana kobieta, a ja z nie do końca sobie znanych przyczyn podjąłem się odnalezienia dla niej świętego Nepomucena.

– Sprawa jest dość nietypowa, detektywie – zaczęła, miękko zapadając się w fotel i oblizując nerwowo usta pociągnięte czerwoną szminką. – Otóż wydaje mi się, że z katedry Oliwskiej skradziono obraz świętego Nepomucena.

– Wydaje się pani? – spytałem spokojnie, nie próbując nawet zliczyć ile to już razy moim klientom wydawało coś, co nigdy nie miało miejsca.

– Jestem konserwatorem zabytków i nie bezpodstawnie użyłam tego sformułowania – powiedziała, nie zwracając uwagi na moje pytanie. – Obraz, o którym mówię, imponujące dzieło sakralne ufundowane przez opata Antoniego Hackiego w 1688 roku, wisi w prezbiterium katedry. I nie, nie przesłyszał się pan. Ten obraz wciąż wisi – dodała, nachyliwszy się w moją stronę tak, że poczułem ciężki, zmysłowy zapach jej perfum.

– W takim razie skąd przypuszczenie, że ktoś go ukradł?

– Bo jako konserwator zabytków doskonale wiem, kiedy mam do czynienia z oryginałem, a kiedy z dobrze namalowaną reprodukcją – powiedziała z przekonaniem, wyciągając z torebki obrazek świętego i kładąc go na drewnianym stoliku, tuż obok kryształowej popielniczki i wypalonej w połowie paczki fajek.

Z perspektywy czasu nie wiem, czy to ona była tak przekonywająca, czy też wpływ na moją decyzję miały jakieś święte moce. Ale jedno jest pewne. Następnego dnia udałem się do miejsca, w którym ostatni raz byłem ponad trzydzieści lat temu, kiedy to ponury, siwowłosy kapłan odprawiał mszę za duszę moich tragicznie zmarłych rodziców. Katedra niewiele zmieniła się od tego czasu. Bogata sztukateria, przepych i ciężkie proporcje, które kiedyś zrobiły wrażenie na sześcioletniej sierocie, teraz czarowały swym blaskiem zagranicznych turystów. Obce języki mieszały się z muzyką organową, a zapach wosku palonych świec drażnił mi nozdrza. Usiadłem w ławce i wyciągnąłem z kieszeni obrazek ze świętym.

– Spowiedź? – wysoki mężczyzna w sutannie z lekko wyłupiastymi oczyma i nalanej twarzy usiadł obok i znaczącym ruchem głowy wskazał na konfesjonał, przed którym zgromadziła się już spora kolejka wiernych.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałem krótko, mając nadzieję, że czarna sukienka zostawi mnie w spokoju. Tak się jednak nie stało, a ksiądz zamiast pójść w stronę czekających na niego owieczek doszedł chyba do wniosku, że czas nawrócić starego kozła.

– Święty Nepomucen – oznajmił, wskazując na obrazek, który trzymałem w ręku. – To patron dobrej spowiedzi.

– Pod swoją opieką ma też innych nieszczęśników… – odparłem, wzruszając ramionami.

– Prawda – przytaknął. – Jest też patronem topielców. W naszej katedrze wisi z prawej strony ołtarza głównego. Niestety, stąd, gdzie siedzimy, jest bardzo słabo widoczny.

– A jednak ktoś dopatrzył się różnic… – powiedziałem zdawkowo, zastanawiając się, czy duchowny podłapie temat obrazu. Podłapał.

– Filip Bojar, prywatny detektyw – przedstawiłem się, widząc, że trafiłem na dobry grunt. – Czy wyjaśni mi ksiądz, co stało się z oryginałem obrazu świętego Nepomucena i dlaczego na jego miejscu wisi kopia?

 Przytaknął, zmartwiony, po czym wyśpiewał mi wszystko jak na spowiedzi. Okazało się, że Anna Gliwińska miała rację i wiszący w katedrze obraz to po prostu dobra reprodukcja. Po paru minutach szczerej rozmowy ksiądz Antoni przyznał, że podejrzewa, iż doszło do niefortunnej pomyłki. Otóż kilka miesięcy wcześniej poprosił jedną z sióstr zakonnych o namalowanie pięciu kopii obrazu świętego Nepomucena, które następnie podarował zasłużonym parafianom. Nie spodziewał się jednak, że reprodukcje te będą tak dobre, że trudno będzie odróżnić je od oryginału, a już w najśmielszych snach nie przypuszczał, że ktoś może się pomylić bądź też celowo podmienić obrazy. Przerażony myślą, że gdy kuria dowie się o tej pomyłce, odwoła go z funkcji proboszcza i odeśle na wieś, której szczerze nie znosił, wolał milczeć i modlić się do wszystkich świętych, by sprawa nigdy nie ujrzała światła dziennego. Gdy skończyliśmy rozmawiać, trzymałem w ręku notes
z adresami obdarowanych parafian oraz dopisanym ołówkiem imieniem siostry zakonnej, która namalowała kopie.

Do Orłowa dotarłem po niemal czterdziestominutowej jeździe w fatalnych warunkach atmosferycznych. Przeklinając roboty drogowe i wszystkich, którzy parkowali auta na wąskiej, jednokierunkowej ulicy, wysiadłem z samochodu i ruszyłem w stronę klasztoru sióstr elżbietanek. Mimo że odległość była niewielka, to bezlitośnie siekący deszcz
i głębokie kałuże sprawiły, że wkrótce moje buty z powodzeniem mogły posłużyć złotej rybce za akwarium. Podszedłem do ciężkich drewnianych drzwi i już miałem złapać za klamkę, gdy te otworzyły się z hukiem, a z budynku wypadła młoda dziewczyna z wielkim, kartonowym pudłem w dłoniach.

– Cholera jasna! – zaklęła, odbijając się ode mnie. – Mógłby pan trochę uważać!

Ponieważ całe życie staram się trzymać z dala od rozwścieczonych kobiet, odsunąłem się od niej na odległość ramienia i zrobiłem jej przejście.

– Nie ma co, dżentelmen z pana – usłyszałem za sobą jej ociekający ironią głos.

– Nie prosiła mnie pani o pomoc – zauważyłem ponuro.

– Więc teraz proszę! – nie zważając na obfity deszcz, postawiła pudło na ziemi
i spojrzała na mnie wyczekująco.

– Weronika! – Starsza siostra zakonna, której pojawienia się kompletnie nie zarejestrowałem, spojrzała na dziewczynę z niemym wyrzutem.

– Przyszedłem porozmawiać z siostrą Łucją – powiedziałem do starej, chwytając od dołu ciężkie pudło, pełne farb, pędzli i innych akcesoriów malarskich.

– W takim razie spóźnił się pan o dobre dwa miesiące – odpowiedziała dziewczyna, nie dając zakonnicy dojść do głosu.

– Została gdzieś przeniesiona? – spytałem wstawiając karton do bagażnika starego opla, w którym śmierdziało rozpuszczalnikiem i mokrym psem.

– O, tak – przytaknęła skwapliwie Weronika. – Ten gość z góry – wskazała podbródkiem na zachmurzone niebo. – Przeniósł cioteczkę do wieczności.

– Ożeż kurwa! – zakląłem, nie zwracają uwagi na to, że znajduję się na poświęconej ziemi.

– Nie przypominam sobie, żeby cioteczka parała się najstarszym zawodem świata, ale tego nigdy nie można być pewnym – mruknęła ironicznie dziewczyna, wyciągając drobną dłoń w moim kierunku. – Weronika Mannici – przedstawiła się. – Jestem jej siostrzenicą. Jeśli przyszedł pan zlecić cioteczce namalowanie jakiegoś obrazu, to chętnie przejmę zlecenie. Za drobną opłatą, oczywiście.

– Oczywiście – burknąłem, sięgając do kieszeni po papierosy.

– To co? – drążyła dalej. – Malujemy dzieciątko, mały portrecik, ukochaną mateczkę?

– Dziękuję, ale nie skorzystam. Nie chodziło mi o zlecenie – wyjaśniłem, a widząc jej pytające spojrzenie, kontynuowałem dalej: – W zeszłym roku pani ciotka namalowała kilka kopii obrazu świętego Nepomucena. Niestety dla mnie reprodukcje te są tak dobre, że nie wiem, jak odróżnić je od oryginału…

– To proste – wzruszyła ramionami. – Obrazy cioteczki można poznać po inicjałach, które stawiała na płótnie po drugiej stronie. Proszę się dobrze przyjrzeć, a na pewno pan znajdzie – powiedziała, po czym nie czekając, aż będę mógł jej zadać kolejne pytania, wsiadła do auta, zapuściła silnik i odjechała.

Mając nadzieję, że siostra zakonna okaże się bardziej rozmowa, spojrzałem w jej kierunku, ale jedyne, co zobaczyłem, to grube, dębowe drzwi klasztoru zamknięte na cztery spusty. Licząc na rychły telefon od Anny Gliwińskiej oraz mając minimalną wiedzę o tym, jak rozpoznać oryginał, zdecydowałem się pojechać pod pierwszy ze wskazanych przez księdza Piwkę adresów.

W mieszkaniu na ulicy Dębowej mieszkała starsza, schorowana kobieta, która dowiedziawszy się, że jestem radiestetą i w ramach obywatelskiego projektu za darmo pomagam mieszkańcom Gdańska znaleźć w ich domach żyły wodne, nie tylko pozwoliła mi rozejrzeć się po mało gustownie urządzonym wnętrzu, ale również poczęstowała kawą i świeżo upieczoną drożdżówką. Jej Nepomucen wisiał w sypialni. Po krótkim wykładzie na temat szkodliwości takiego rozwiązania, udało mi się przekonać ją o konieczności przeniesienia go do salonu. Dzięki sile persfazji oraz pomocy, którą jej zaproponowałem, na własne oczy mogłem przekonać się, że Weronika Mannici mówiła prawdę – z tyłu obrazu znalazłem bowiem namalowane czarną farbą inicjały siostry Łucji.

Niezniechęcony pierwszym niepowodzeniem, udałem się pod kolejny adres zanotowany w notesie. Dystyngowany mężczyzna, który mieszkał z rodziną w nowocześnie urządzonym mieszkaniu na gdańskim Przymorzu, nie był jednak w najmniejszym stopniu zainteresowany radiestezją. Na moje szczęście jego żona, jak się okazało, miała odmienne zdanie i po krótkiej dyskusji między małżonkami zostałem wpuszczony do środka. Niestety dla mnie również oni zostali obdarowani kopią.

Kolejny na liście był parterowy dom usytuowany w nadmorskiej części Sopotu. Mimo że w oknie paliło się światło, to właściciel albo nie słyszał dzwonka, albo też uznał, że nie ma ochoty przyjmować gości. Nie zważając na brak reakcji z jego strony, podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę. Ku mojemu zdziwieniu te okazały się otwarte. Wszedłem do środka i gdy już miałem zdradzić swoją obecność, ktoś nagłym szarpnięciem powalił mnie na ziemię. Zaskoczony napaścią, uniosłem dłonie w obronnym geście, ale facet kompletnie nie zrozumiał moich intencji i raz po raz zaczął okładać pięściami moją schorowaną wątrobę. Walczyłem o każdy oddech. Kręciło mi się w głowie, a przed oczyma widziałem mroczki. Gdy minął pierwszy szok, uniosłem kolano i kopnąłem napastnika w brzuch. Gdy ten zgiął się w pół, wyprowadzałem uderzenie w podbródek. Mężczyzna jęknął tylko i z głuchym łoskotem runął na ziemię. Doskoczyłem do niego i już miałem zadać kolejny cios, gdy spojrzałem na jego twarz. Twarz, którą dawno temu ktoś musiał poharatać tępym nożem. Twarz, którą doskonale znałem.

– Maślak?! – ryknąłem wściekle, zdając sobie sprawę, że mam przed oczyma kolegę
z bidula, chłopaka, z którym niejednokrotnie lądowałem w kozie za złe sprawowanie.

– Ja pierdolę, Filip!? – wychrypiał Janek, spluwając krwią i spoglądając na mnie spode łba. – Filip, kurwa, co ty tu robisz?! Zmieniłeś profesję? Zostałeś złodziejem?

Gdy wyjawiłem mu prawdziwy cel swojej wizyty, Maślak pokręcił głową
w niedowierzaniu i zaprowadził do pokoju, w którym mieszkała jego teściowa. Nadzieja, że trafiłem na oryginał, prysła niczym bańka mydlana, gdy spojrzałem na tył płótna i zobaczyłem na nim inicjały siostry Łucji.

Wściekły i obity jak amatorski bokser po przegranym pojedynku o pas mistrzowski, wróciłem do swojego mieszkania na Żeromskiego i ruszyłem prosto do lodówki. Musiałem znieczulić obitą wątrobę. Pierwsze dwie setki wykręciły mi gębę, natomiast kolejne okazały się istnym błogosławieństwem. Nie zawracając sobie głowy zdejmowaniem ubrania, położyłem się do łóżka i odpłynąłem w objęcia Morfeusza. Nie minęła nawet godzina, jak ze snu wyrwał mnie głośny dźwięk telefonu. Sięgnąłem po komórkę leżącą przy łóżku i spojrzałem na kolorowy wyświetlacz. Dzwonił Rosół.

– Czego? – wychrypiałem półprzytomnie.

– Anna Gliwińska, mówi ci coś to nazwisko? – zapytał.

– Moja klientka, czemu pytasz?

– Mąż znalazł ją dziś martwą w mieszkaniu. W nieodebranych połączeniach widniał twój numer. Kiedy do niej dzwoniłeś, to od dobrych dwóch godzin wisiała na sznurze pod sufitem. Cholera jasna. Bojar, ty to masz szczęście. Topielec, wisielec…

– Pierdol się! – warknąłem, odkładając słuchawkę i przerywając tę paskudną wyliczankę. Musiałem pomyśleć. Zapalić i pomyśleć.

* * *

Następny dzień również nie należał do udanych. Nie dość, że męczył mnie gigantyczny kac, to świadomość, że w podejrzanych okolicznościach straciłem kolejnego klienta, również nie napawała optymizmem. Zwlókłszy się z łóżka późnym popołudniem,
z niemałym wyrzutem spojrzałem na stary zegar stojący na segmencie, który wskazywał piątą po południu. Wyszedłem na balkon i sięgnąłem po papierosy. Prócz zgniecionej paczki w kieszeni znajdował się obrazek świętego Nepomucena i notes z adresami. Zostały dwa, których nie zdołałem sprawdzić poprzedniego dnia, a które w ramach pokuty zdecydowałem się jeszcze odwiedzić. Podjąwszy decyzję o kontynuowaniu śledztwa, wrzuciłem peta do plastikowej doniczki, w której jeszcze nie tak dawno kwitły czerwone pelargonie, i ruszyłem na dalsze poszukiwania obrazu.

Pod pierwszym adresem nie zastałem nikogo, a mając w pamięci poprzednie, niezbyt przyjemne doświadczenie, nie próbowałem nawet łapać za klamkę. Na szczęście uprzejma sąsiadka z pierwszego piętra, jedna z tych, które wiedzą wszystko o wszystkich, poinformowała mnie, że Zygmunt Tracz wróci do domu wieczorem. Obecnie miał bawić się na jakimś przyjęciu, jednym z tych, jak się jasno wyraziła, ze śmiesznie małymi kanapeczkami, którymi żaden normalny gość nie zdołałby się najeść.

Kolejna na liście była Monika Król, znana trójmiejska adwokat, której sprawy nieraz komentowane były w ogólnopolskich mediach. Gdy dotarłem pod jej dom, okazało się, że ma gości. Mimo niewątpliwie niesprzyjających rozmowie okoliczności, zdecydowała się poświęcić mi chwilę, oznajmiając wyniośle, że owszem, otrzymała obraz od księdza Piwki, ale w jej domu nie ma miejsca na sztukę sakralną. Zapytana, co zrobiła z obrazem, odparła, że jeśli koniecznie zależy mi na tym, żeby go zobaczyć, to powonieniem udać się w odwiedziny do jej chorej na Alzhaimera matki, którą umieściła w ekskluzywnym domu opieki
w Wejherowie.

Nie mając innego wyjścia, włączyłem Janosika i wymusiwszy na Rosole informacje
o tym, gdzie drogówka ustawiła przenośne radary, wcisnąłem gaz do dechy. Matkę Moniki zastałem w pokoju, który bardziej przypominał salę szpitalną niż ekskluzywną szklarnię, gdzie przechowywano by stare bogate okazy roślin. Co do samej Wiesławy Brzeskiej, to nie odniosłem wrażenia, żeby umysł szwankował jej w jakiś okrutny sposób. Zapytała co prawda, czy nie jestem jej zaginionym w czasie wojny kuzynem, ale gdy zaprzeczyłem
i zapytałem o obraz, pokazała mi płótno. Niestety, znów trafiłem na zgniłe jajo – zaznaczone ciemnym tuszem inicjały jednoznacznie wskazywały na obraz autorstwa Łucji Mannici.

* * *

Ponieważ istniało już tylko jedno miejsce na ziemi, gdzie miałem szansę odnaleźć oryginał, ponownie udałem się w odwiedziny do Zygmunta Tracza. Tym razem zastałem go w domu. Gdy otworzył mi drzwi w eleganckiej kremowej koszuli i spodniach od garnituru, zdałem sobie sprawę, że poprzedniego dnia bawił się na przyjęciu Moniki Król dokładnie
w tym samym stroju.

– Napije się pan kawy? – zapytał, zaciągając się papierosem i zapraszając mnie gestem ręki do środka. – Nawet pan nie wie, jak bardzo się cieszę, że pana widzę.

– Słucham? – spytałem nieco zdezorientowany tą wylewnością, idąc za nim do salonu, w którym znajdowało się chyba z milion obrazów o tematyce sakralnej i w którym trudno było oddychać z powodu aromatu palonego kadzidła.

– Widziałem pana na przyjęciu u Moniki Król – wyjaśnił. – Myślałem, że przyszedł pan dowiedzieć się czegoś o sztuce sakralnej. Jestem jej znawcą. Może nie kończyłem żadnych szkół, ale nawet sama kurator zabytków jest pod wrażeniem mojej ogromnej wiedzy. Myślałem, że odpowiedział pan na zaproszenie, które wystosowałem podczas wczorajszego przyjęcia…

– Niestety – odparłem, podchodząc do ściany i spoglądając na obraz świętego.

– Nepomucen – powiedział Tracz nieco zrezygnowany. – Patron spowiedników, księży
i topielców

– Czy mogę? – spytałem, zdejmując go ze ściany. – Ostatnimi czasy utopił się mój przyjaciel. Jego rodzina pogrążona jest w bólu – improwizowałem, mając na myśli byłą żonę Bronka, która nie mogła przeboleć faktu, że nie otrzyma po nim spadku. – Chętnie podarowałbym im taki obraz.

– Ten, który trzyma pan w rękach, namalowała siostra zakonna. Niestety, jakiś czas temu dobry Bóg odwołał ją do wieczności. Jeśli byłby pan jednak zainteresowany, to poleciłbym panu kontakt z jej siostrzenicą, Weroniką Mannici. Namalowała dla mnie już wiele obrazów o tematyce sakralnej. Czasami malowała je również za siostrę Łucję, kiedy tej doskwierał akurat artretyzm. Proszę mi wierzyć, dziewczyna jest tak dobra, że nie sposób odróżnić ich prac. Szczególnie wtedy, kiedy podpisuje się inicjałami ciotki – powiedział, a ja przekonawszy się, że mam do czynienia z kopią obrazu, poczułem nieodpartą chęć rozmowy z Weroniką Mannici.

* * *

– Nie myślałam, że się jeszcze spotkamy – powiedziała dziewczyna, spoglądając na mnie z zaciekawieniem znad rozłożonej sztalugi. – Czyżby jednak jakiś portrecik chodził panu po głowie?

– Odwiedziłem ostatnio Zygmunta Tracza – odparłem, podchodząc do okna i otwierając je szeroko, gdyż zapach świeżo nałożonej na płótno farby był dla mnie nie do zniesienia.

– Ach, mój stały klient! – powiedziała, marszcząc zgrabny nos. – Już nie długo nie starczy mu miejsca w mieszkaniu, by wieszać kolejne obrazy. Czy pana również męczył dywagacjami na temat sztuki sakralnej?! Biedaczek, myśli, że ma jakąś wiedzę, a w rzeczywistości nikt nie chce go słuchać… Już nawet konserwator zabytków powiedziała mu kiedyś, że posiada wiedzę, która w Polsce nikogo nie zainteresuje. Poleciła mu jechać do Szwecji. Podobno tam jest ostatnio popyt na sztukę sakralną, ale może tylko tak powiedziała, chcąc się go wreszcie pozbyć? Niech jedzie! Najlepiej, żeby zabrał się z tą adwokat, co o sztuce ma takie samo pojęcie jak dziwka o celibacie.

– Jeśli mówimy już o Monice, to Tracz mówił, że namalowała pani dla niej reprodukcję świętego Nepomucena.

– No tak, prawda. Jej matka chciała mieć taką samą, a że cioteczka już wtedy nie żyła to namalowałam obraz i podpisałam się jej inicjałami. To chyba nie zbrodnia? – spytała, spoglądając na mnie spod grubych, gęstych rzęs.

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem z pracowni i pojechałem odwiedzić panią adwokat. Nie ucieszyła się na mój widok.

– To znowu pan? – spytała, zaciągając się papierosem. – Nie do wiary! Najpierw ten nawiedzony gość, a teraz jeszcze pan… Nie mam czasu. Śpieszę się na prom. Przed chwilą jedna taksówka zabrała moje bagaże, a druga zaraz powinna tu być.

– Wyjeżdża pani?

– A co to za pytanie? Żyję w wolnym kraju, jestem wolnym człowiekiem i wyjeżdżam, ilekroć mam na to ochotę – powiedziała, gasząc papierosa w popielniczce. – A tak w ogóle, to po co pan przyszedł?

– Chciałem zobaczyć obraz świętego Nepomucena namalowany przez siostrę Łucję. Ten namalowany przez Weronikę Mannici już widziałem…

– Ależ z pana upierdliwiec! – mruknęła, rozkładając dłonie w geście bezradności. – Jeśli tak bardzo chce go pan zobaczyć, to zapraszam za mną, ale ostrzegam, naprawdę nie mam dużo czasu – powiedziała, prowadząc mnie do jednego z pomieszczeń znajdujących się na piętrze.

Gdy otworzyła drzwi, znaleźliśmy się w niewielkim pokoju, który służył chyba za przechowalnię wszystkiego, czego nie dało się upchnąć gdzieś indziej. Pośrodku pokoju stała przykryta folią bieżnia, natomiast przy oknie znajdowało się drewniane dziecinne łóżeczko. Wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, pokryte było grubą warstwą kurzu. Obraz świętego Nepomucena stał na podłodze, oparty o framugę okna. Chwyciłem go w dłonie
i obróciłem płótno. Do moich nozdrzy doleciała nikła woń farb i ciężki aromat ziół, ale moją uwagę przykuły znajdujące się na płótnie inicjały, które niewątpliwie należały do siostry Łucji.

– Czy teraz mogę już jechać? – spytała Monika Król, wpatrując się we mnie
z niecierpliwością.

– Dlaczego wtedy pani skłamała? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

– W ostatnich latach angażowanie się w sprawy Kościoła w niektórych kręgach nie jest zbyt dobrze widziane. Nie chwalę się tym. Ksiądz Piwko doskonale mnie rozumie. Wie, że zawsze mu pomogę, ale wie też, że nigdy się do tego publicznie nie przyznam. Przepraszam, że wtedy skłamałam, ale nie mogłam postąpić inaczej. Rozumie pan, walcząca o sprawy kobiet feministka i Kościół… Ktoś mógłby mi to kiedyś wyciągnąć i zrobiłoby się nieprzyjemnie. A teraz bardzo przepraszam, ale muszę już iść. Chcę zdążyć na prom, zanim Zygmunt dorwie mnie przy przejściu granicznym i zacznie kolejny wykład na temat sztuki sakralnej…

– Czy nie będzie miała pani nic przeciwko, jeśli zabiorę się razem z panią? – spytałem,
a gdy nie odmówiła, wyjąłem z kieszeni telefon i wysłałem wiadomość do inspektora Rosłońskiego.

* * *

– Gdybyś wrócił do firmy, nie musiałbyś dzwonić do mnie za każdym razem, żeby kogoś zapuszkować. A to – mruknął Rosół, bawiąc się blachą, dyndającą na srebrnym łańcuszku – otworzyłoby ci wiele drzwi.

– Nie ma mowy – odparłem, uderzając pięścią o drzwi kabiny.

– Policja, proszę otworzyć! – ryknął Rosół, ale odpowiedziała nam jedynie głucha cisza.

Uznawszy, że w kabinie nie ma nikogo, wyszliśmy na górny pokład. Nie chcąc siać paniki wśród zgromadzonych palaczy, ruszyliśmy w kierunku metalowej barierki, przy której stała samotna postać.

– O, pan Bojar, pan też płynie do Szwecji? – Zygmunt Tracz uniósł papierosa do ust i pstryknął zapalniczką.

– Nie, i obawiam się, że tym razem pan również nigdzie nie popłynie, panie Tracz – powiedziałem.

– Nie bardzo rozumiem…

– Jest pan zatrzymany pod zarzutem morderstwa Anny Gliwińskiej i kradzieży obrazu świętego Nepomucena – wyrecytował formułkę Rosół, pokazując policyjną odznakę.

– Ja… ja … chciałem tylko … – Tracz upuścił na ziemię peta i cofnął się, spoglądając na na mnie z niedowierzaniem. – Skąd pan…

– Zapach kadzidła – odparłem. – To pan jako pierwszy zorientował się, że w katedrze wisi reprodukcja obrazu. A ponieważ Anna Gliwińska, główna konserwator z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, nie chciała panu wierzyć, to zwietrzył pan świetną okazję, prawda? Miał pan dużo szczęścia. Oryginał trafił do Moniki Król, która nie dość, że nie przywiązuje dużej wagi do sztuki sakralnej, to na dodatek jej dom jest zawsze otwarty dla gości. Łatwo było ukraść obraz. Wystarczyło zniknąć na chwilę podczas jednego z tak licznie urządzanych w jej domu przyjęć. Problem zaczął się, gdy na scenę wkroczyłem ja i zacząłem szukać oryginału. Przypuszczam, że to wtedy postanowił pan podrzucić Monice swój obraz i zabił Annę. Niestety dla pana, zapach kadzidła, którym przesiąknięte jest wszystko w pana mieszkaniu, nie ulatnia się tak szybko, a Monika Król w swoim składziku nie sprząta zbyt często.

– Ja nic panu nie powiem! – wyraźnie zdenerwowany Tarcz spojrzał na nas z obłędem w oczach.

Nie musiał. Wiedział, że mamy wystarczające dowody. Skazali go na dwanaście lat, a święty Nepomucen wrócił w końcu na swoje miejsce w katedrze. Ksiądz Piwko został przeniesiony na wieś. Odchodząc z katedry, wręczył mi kopię obrazu świętego Nepomucena. Dałem ją wdowie po Bronku. W końcu święty Nepomucen to patron topielców.

KONIEC

***

Opowiadanie „Wisielec” to mój debiut literacki. Historia zaginionego obrazu Św. Nepomucena została wydana w „Piszmy Antologia” w 2018 roku przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną im. Josepha Conrada- Korzeniowskiego w Gdańsku. Całą antologię, można pobrać TUTAJ

Chcesz pobrać opowiadanie i przeczytać je później? Nic prostszego!

Jeśli masz ochotę przeczytać kilka „pisarskich wskazówek”, to zapraszam na WARSZTAT